Ślubne zakupy vol. 2

 Ślubne zakupy vol. 2
Dzisiaj mam dla Was kolejną część moich zakupów ślubnych, tym razem wyłącznie kosmetycznych. Ślub stał się dla mnie dobrą wymówką do małych zakupowych szaleństw, ale wiem, że wszystkie produkty, które widzicie poniżej przydadzą mi się nie tylko w tym szczególnym dniu, ale także na co dzień. 


Paleta Smashbox Cover Shot w odcieniu Petal Metal to kosmetyk, o którym słyszałam wiele dobrego. Wyprodukowana we współpracy z wizażystką Vladą na początku była w wersji limitowanej, ale stała się bestsellerem i postanowiono wprowadzić ją do regularnej sprzedaży. 

Moja wersja pochodzi właśnie z tej nielimitowanej edycji i kupiłam ją w promocji za 111 złotych. Sama paleta jest stosunkowo mała, ale dzięki temu jest idealna do zabrania w podróż. Pomimo, że zawiera aż 6 cienie metalicznych i tylko 2 matowe to są one tak dobrane, że spokojnie możemy wykonać pełen makijaż oka korzystając tylko z tej jednej palety. Jeżeli miałabym się czepiać to brakuje mi tylko jasnego beżowego cienia bazowego, bo kolor Nude Rose jest bardziej odcieniem przejściowym idealnym na załamanie powieki. 

Cienie mają miękką, przyjemną konsystencję oraz są dobrze napigmentowane. Jeżeli chodzi o trwałość to nałożone bez bazy tracą swoją intensywność po kilku godzinach. Przy opadającej powiece mogą też zebrać się w załamaniach (mowa o najciemniejszym odcieniu). Na ich usprawiedliwienie dodam, że były testowane bez bazy pod cienie. 

Swatche bez bazy poniżej:

Cover Shot Eye Palette Swatch

Bardzo fajnym produktem jest automatyczna  konturówka do ust z Pierre René Lip Matic. Faktycznie jest ona trwała i nie znika z ust od razu po jedzeniu czy piciu. Oczywiście nie jest niezniszczalna, ale po utrwaleniu jej matową pomadką staje się praktycznie nie do ruszenia. Na prawdę przyzwoita jakość w przystępnej cenie (ok 12 PLN).

Kolor 07 to nudziakowy beżo-brąz, który na ustach nie jest aż tak ciemny jak widać to na swatchu poniżej. Jeżeli szukacie dobrej i taniej kredki na co dzień polecam wypróbować.


Podkład Lumene Matte (ok. 60-70 PLN) to ulubieniec blogerek i nie ukrywam, że Internet Made Me Buy It ;). Odcień 01 kupowałam w ciemno i chyba udało mi się trafić z kolorem. Jest to zdecydowanie żółty jasny odcień zbliżony do starego  Healtchy Mixa nr 52. Konsystencja jest dość gęsta, nie spływa z ręki. 

Efekt jaki daje na skórze jest bardzo naturalny, nie tworzy efektu maski nawet przy nałożeniu większej ilości i nie wchodzi w pory. Może podkreślić suche skórki, ale tylko w przypadku gdy nierówności są duże. Jeżeli chodzi o mat to jest on raczej tylko w nazwie. Podkład nie zastyga i daje bardziej aksamitne niż matowe wykończenie, co nie znaczy, że nie nada się dla skór tłustych. Dobry puder lub baza matująca wystarczą by stał się bardziej matujący. 

Jego nawilżające właściwości sprawiają, że jest bardzo komfortowy w  noszeniu, ale nie jest zbyt trwały. To dobry podkład dzienny, ale przy mojej przetłuszczającej się strefie T nie nadaje się na specjalne okazje i na pewno nie użyję go na wesele. Widziałam, że niektórzy porównują go do Double Wear, ale ja się z tą opinią nie zgadzam. To dwa zupełnie różne produkty. Mimo to nie żałuję zakupu i będę go używać na mniejsze wyjścia czy spotkania ze znajomymi.

Podkład Lumene Matte Classic Beige

Ostatni zakup to odżywka do paznokci Sally Hansen Nail Rehab, która urzekła mnie swoim kolorem. Delikatnie brzoskwiniowy odcień wygląda bardzo naturalnie i lubię go nosić solo bez innego lakieru na wierzch. Delikatnie prześwituje spod niego płytka paznokcia, ale mi się ten efekt ozdoba, bo wygląda jakby to były moje naturalne paznokcie tylko lepsze :).

Skład również jest bardzo fajny, bo nie zawiera najbardziej szkodliwych substancji używanych w lakierach do paznokci i jest względnie bezpieczny dla naszego zdrowia. Cena w drogeriach internetowych wynosi ok. 20 PLN.

 Sally Hansen Nail Rehab
Nail Rehab
Mam nadzieję, że wpis Wam się podobał :). Kolejna porcja ślubnych zakupów już niedługo.

Naturalne perfumy - przegląd dostępnych marek + przepisy na perfumy domowej roboty DIY

Naturalne perfumy - przegląd dostępnych marek + przepisy na perfumy domowej roboty DIY
Dzisiaj kilka słów o naturalnych perfumach. Nie należę do fanatyków perfum, ale lubię od czasu do czasu spryskać się moim ulubionym zapachem. I o ile na większe wyjścia mogę używać sprawdzonych ulubieńców to na co dzień wolałabym używać perfum z naturalnym i bezpiecznym składem i właśnie dlatego postanowiłam przetestować kilka eko zapachów.

Acorelle, Aura Cacia Body Mist

Problem z perfumami jest taki, że tak naprawdę nie wiemy co wchodzi w ich skład. Często mieszanki zapachowe nazywane są po prostu parfume lub fragrance . Nawet jeżeli na opakowaniu widnieje lista składników to, ze względu na tajemnice produkcji, niekoniecznie wymienione są wszystkie półprodukty wchodzące w skład tej mieszanki.

Przeprowadzono badania popularnych zapachów (perfum i wód toaletowych) i w składzie aż 17 z przebadanych produktów zidentyfikowano 38 nieznanych substancji, które nie były wymienione na opakowaniu. I nie jest to problem tylko tanich podróbek. Badanie dotyczyło  takich topowych marek jak Calvin Klein, Chanel czy Gorgio Armani.

Problem ten nie dotyczy tylko perfum, ale też dezodorantów, świec zapachowych czy odświeżaczy powietrza. Stosując te produkty jesteśmy narażeni na wdychanie nieznanych i potencjalnie szkodliwych substancji praktycznie całą dobę.

Na szczęście na rynku możemy już znaleźć coraz więcej zapachów, których producenci gwarantują, że są produkowane z naturalnych i bezpiecznych składników. Marki, które produkują ekologiczne perfumy to m. in.

- Pacifica
- Acorelle (posiadają certyfikat Eco Cert)
- Benecos 
- Florascent
- Lovingeco
- Shamasa (perfumy w olejku i kremie)
- 100BON (dostępne w Sephora)


Acorelle, Aura Cacia, Song of India

Szukając zapachu do stosowania na co dzień przetestowałam kilka opcji dostępnych on-line. Wszystkie były kupowane w ciemno przez Internet. Nie znałam wcześniej ich zapachów i niestety żaden z nich nie okazał się trafiony. 


Perfumy w roll-on Acorelle Divine Orchidée, wobec, których miałam największe oczekiwania są najbardziej zbliżone do tradycyjnych perfum drogeryjnych. Nazwa i opis sugerowała, że będą to lekkie kwiatowe perfumy, ale w rzeczywistości jest to rześki, trochę męski zapach przypominający mi wodę kolońską. Jest płaski i nie rozwija się na skórze. Mimo, że wybrałam wersję wody perfumowanej, która powinna być trwalsza niż np. woda toaletowa to trwałość jest słaba. Zapach znika ze skóry praktycznie 5 minut po aplikacji. Samo opakowanie jest bez zarzutu, bardzo eleganckie i praktyczne. Może tylko zakrętka mogłaby być wykonana z lepszego materiału. 


Perfumy w kremie Song of India Aphrodesia wybrałam ze względu na ciekawą formułę, z którą nie miałam wcześniej doczynienia. Indie kojarzą mi się z bogatymi ciężkimi  i trwałymi zapachami i te perfumy po części takie właśnie są. Zapach jest mocny i jakby ziołowo-korzenny. Sama aplikacja nie sprawia dużej trudności, ale jest mało higieniczna. Z racji, że krem nakładamy palcami to tłuści on nam palce co nie wszystkim przypadnie do gustu. Są one najtrwalsze z całej trójki, ale raczej nie są wyczuwalne dla otoczenia. Utrzymują się przy skórze i trzeba je powąchać z bliska, żeby coś poczuć. 

Mgiełkę Aura Cacia do ciała i pomieszczeń, zamówiłam przez stronę iHerb i opierając się na widocznych na stronie komentarzach nie oczekiwałam trwałości. Mgiełka jest bardzo ulotna, czuć ją tylko przez chwilę po rozpyleniu.  Zapach, który wybrałam Patchouli & Sweet Orange jest typowo ziołowy, zbliżony do zapachu olejków eterycznych. Pomarańczy nie wyczuwam w nim prawie wcale. Ja stosuję go tylko do odświeżania pomieszczeń, bo na ciele go nie czuć. Na plus zaliczam opakowanie, które można po zużyciu otworzyć i wykorzystać do innych kosmetyków.

Niestety wszystkie przetestowane przeze mnie mieszanki pod względem trwałości nie mogą równać się ze standardowymi perfumami z  drogerii. Zapachy unoszą się krótko, a same kompozycje są nieskomplikowane i nie robią wrażenia. Oczywiście "eko" zapachy rządzą się swoimi prawami i nie oczekiwałam cudów, ale mimo to trwałość mnie rozczarowała. Plusem jest cena, która jest znacznie niższa od perfum znanych marek (wody perfumowane Acorelle 50 ml kosztują ok. 130 PLN, a 100BON 159 PLN).



Natural Eau de parfum

Ja się nie poddaję i szukam dalej. Na pewno przetestuję jeszcze zapachy 100BON, które można przed zakupem powąchać w Sepchorze w Atrium Promenada.


A jeżeli chcecie pobawić się w chemika to możecie przygotować naturalne perfumy samodzielnie w domu. Na You Tube i blogach można znaleźć mnóstwo przepisów na domowe perfumy pozbawione szkodliwych skłądników. Zachęcam Was do przeczytania wpisu Magdy z Ulicy Ekologicznej lub obejrzenia poniższych filmów:






A tu film po angielsku:

 Powodzenia!

Jak wybrać suknię ślubną, czyli wizyta w salonie ślubnym od kuchni.

Jak wybrać suknię ślubną, czyli  wizyta w salonie ślubnym od kuchni.
Piękny salon, ogromne przymierzalnie, szampan i łzy szczęścia po wybraniu tej jedynej. Chyba wszyscy mamy taki obraz kiedy pomyślimy o wyborze sukni ślubnej. W telewizji zawsze wygląda to dostojnie i przyjemnie, ale w rzeczywistości sprawa nie jest taka łatwa. Ja sama trochę rozczarowałam się całym procesem oraz dowiedziałam kilku nieoczywistych dla mnie faktów, dlatego postanowiłam napisać jak naprawdę to wygląda, a przy okazji udzielić kilku rad.




1. Czas


To jest chyba najbardziej oczywista kwestia, ale należy pamiętać aby wybór sukienki rozpocząć co najmniej na 6-7 miesięcy przed ślubem a najlepiej nawet szybciej. Dotyczy to zwłaszcza ślubów w sezonie wysokim, czyli od czerwca do września. 

O ile nie szyjecie u krawcowej musicie być przygotowane na to, że salon będzie zmawiał Waszą sukienkę zza granicy i będzie czekał na jej dostarczenie kilka miesięcy. Potem trzeba ją przymierzyć i nanieść poprawki co też wymaga ok. miesiąca.

Wybieranie "najważniejszej" sukienki nie powinno być robione pod presją czasu, więc dla własnego spokoju im szybciej zaczniecie szukać tym lepiej. Unikniecie stresu i chodzenia dzień w dzień po salonach co też jest bardzo męczące.

Oczywiście, jeżeli planujecie ślub za mniej niż pół roku nie oznacza, że nie kupicie jej wcale. Po prostu im mniej czasu macie tym mniejszy wybór i większy stres.

2. Rezerwacja wizyt i ewentualne koszty

Zanim wybierzecie się do  salonu zadzwońcie tam i upewnijcie się czy możecie przyjść bez umówionego terminu. Wizyta trwa zazwyczaj ok. godziny. Wiele salonów wymaga rezerwacji wizyty, bo każda klientka ma przydzieloną konsultantkę, która przynosi jej suknie i pomaga się ubrać. Liczba przymierzalni też jest ograniczona, więc salony wolą się zabezpieczyć przed ewentualną kolejką przyszłych Panien Młodych narzekających na czas oczekiwania i obsługę. Dzięki rezerwacji nie ma pośpiechu i każda klientka może być obsłużona w 100%.

Kolejną niezbyt przyjemną niespodzianką może okazać się konieczność opłacenia wizyty w salonie. Niektóre za możliwość przymierzania sukni wraz z doradztwem konsultantki i wypiciem lampki szampana życzą sobie zapłaty od 100 do 200 PLN. Warto to sprawdzić na stronie lub telefonicznie zanim umówicie się na mierzenie.


3. Zdjęcia z Internetu



Któż z nas nie przeglądał Internetu w poszukiwaniu idealnej sukienki. Często te wymarzone modele mamy upatrzone na długo przed oświadczynami czy w bardziej ekstremalnych przypadkach nawet przed rozpoczęciem związku;).  Problem polega na tym, że sukienki ze zdjęć po pierwsze: mogą już być niedostępne (albo nigdy nie były dostępne w danym kraju czy mieście), po drugie: na żywo mogą nie wyglądać tak ładnie jak na zdjęciu i nie pasować do waszej figury, a po trzecie: mogą być trudne do zidentyfikowania jeżeli nie mamy nazwy firmy i nr modelu.

Moja rada - Internet traktujmy bardziej jako inspirację i sposób na rozeznanie rynku, ale nie upierajmy się, że musimy kupić konkretnie tę sukienkę widzianą w Internecie.

4. Poznanie innych opcji


Podczas pierwszej wizyty polecam poprosić o przyniesienie po jednej sukience z każdego kroju - syrenki, trąbki, księżniczki, klasyczna linia A, w serduszko lub V, z gorsetem i bez. Fasonów jest mnóstwo i dobrze jest zobaczyć się w różnych opcjach, żeby stwierdzić w czym prezentujemy i czujemy się najlepiej.  Ważne też, żeby dopytać w jakich wersjach kolorystycznych dostępna jest dana sukienka. Zazwyczaj sukienki produkowane są w dwóch czy trzech odcieniach. Pamiętajcie też, że nie musicie ograniczać się do wyboru w jednym mieście. Czasami Wasz wymarzony model znajdziecie kilkanaście/kilkadziesiąt/kilkaset kilometrów dalej i do tego może być w niższej cenie niż w Waszym mieście.  To od Was zależy czy opłaca Wam się podróż w celu zmierzenia sukienki. Jeżeli macie upatrzony konkretny model warto podzwonić po salonach i zapytać o dostępność i cenę.

Możecie też zdecydować się na uszycie sukienki na miarę u projektanta (w Polsce znajdziecie kilka firm oferujących tego typu usługi, ceny zazwyczaj zaczynają się od około 4500-5000 PLN) lub u krawcowej. Plusem jest to, że sukienka będzie dobrana do Waszych rozmiarów co w przypadku zamawiania w standardowym salonie nie jest możliwe (sieciówki szyją kilka rozmiarów, ale nie zmieniają proporcji sukienki, długości gorsetów, itp.). Minus to pewna obawa co do tego jak ostatecznie będzie wyglądać sukienka.

Dalej funkcjonują też wypożyczalnie, ale to opcja którą ja bym odradzała. Ceny są stosunkowo wysokie, a sukienki mogą nosić ślady znoszenia. Jeżeli macie szczęście to czasami można trafić na zupełnie nowy model, ale zdarza się to raczej rzadko.

Ostatnią opcją jest używana sukienka, którą możecie znaleźć na portalach typu Allegro czy OLX. Znajdziecie tam świetne oferty sukienek noszonych tylko raz za cenę nawet 80% niższą. Zazwyczaj będą to modele z poprzednich kolekcji, które nie są już dostępne w sklepach.


5. Konsultanci/obsługa


Fajnie, żeby obsługa zawsze była profesjonalna, potrafiła doradzić i wybrać modele, w których wyglądacie najlepiej. Niestety nie zawsze tak jest. Konsultanci to tylko ludzie, miewają gorsze dni i nie mają miarki w oku, żeby dobrać dokładnie to czego oczekujecie. Zazwyczaj robią co mogą i przynoszą wg. nich najlepsze opcje, ale nie są cudotwórcami. Trochę zrozumienia ułatwi Wam współpracę. 

Pamiętajcie jednak o asertywności. Nie dajcie się przekonać do wyboru sukienki, która według konsultanta jest dla Was najlepsza, ale Wam średnio się podoba. Możecie brać pod uwagę sugestie, ale ostatecznie to jest tylko i wyłącznie Wasz wybór.

A jeżeli traficie na opryskliwą babę, która ocenia Was z góry i wszystko robi z wielką łaską poproście o kogoś innego do obsługi lub po prostu wyjdźcie z salonu.

6. Moda


Wydaje się, że suknie ślubne są raczej w opozycji do ciągle zmieniających się trendów świata high fashion, ale nic bardziej mylnego. W modzie ślubnej też co sezon są zmiany i wbrew pozorom znalezienie klasycznej, prostej sukienki czasami graniczy z cudem (lub kończy się uszyciem jej u krawcowej). Jeżeli w danym sezonie modne są pióra czy błyskotki zapewniam Was, że spora część kolekcji będzie zawierała te elementy. Obecnie modne są beże i pastele i niemal każdy projektant ma sukienki z prześwitującą pod koronką beżową podszewką. Jeżeli akurat nie podoba Wam się trend na dany sezon to niestety Wasze opcje znacznie się kurczą.

7. Oczekiwania


Wspomniana we wstępie wizja luksusowego salonu z eleganckim konsultantem, który wie dokładnie co do nas pasuje, a nasze mamy i przyjaciółki racząc się szampanem zachwycają się każdą kolejną stylizacją to mit. Większość salonów nie jest aż tak bajkowa, często są trochę zakurzone, kanapy mogą być przetarte, a szampana nie oferują wcale. Nie oszukujmy się - mierzenie sukien to tylko mierzenie sukien a nie ceremonia, w której zostałyście mianowane na boginię Olimpu. Konsultantki są zabiegane, bo cały dzień noszą steki sukien, Ty jesteś zmęczona, bo chcesz przymierzyć jak najwięcej w jak najkrótszym czasie, przymierzane modele są za duże/małe(niepotrzebne skreślić) i delikatnie mówiąc lekko zużyte po setkach przymiarek. Do tego metry materiału plączą się pod nogami, a Ty musisz sobie wyobrazić jak ta suknia będzie na Tobie wyglądać po poprawkach.

Krótko mówiąc przymierzanie sukien to nie bajka i przygotuj się na maraton wskakiwania i wyskakiwania z kiecki w tempie błyskawicy. Zmienia się to dopiero kiedy upatrzysz sobie kilka modeli i będziesz mierzyć już tylko je. Wtedy dochodzi kwestia ostatecznej decyzji, która wiąże się z podpisaniem umowy i wpłatą zaliczki za nieistniejącą jeszcze sukienkę :)



Mam nadzieję, że wpis okaże się da Was przydatny przed wyborem tej "jedynej". Jeżeli macie jakieś pytania piszcie w komentarzach :).


Ślubne zakupy vol. 1

Ślubne zakupy vol. 1
Dawno mnie tu nie było, ale to były naprawdę intensywne  miesiące.  Cały listopad i połowę grudnia uczęszczałam na weekendowy kurs co oznaczało, że nie miałam ŻADNEGO wolnego weekendu przez 1,5 miesiąca. Potem wyjazd w góry, Święta no i.....zaręczyny!

zakupy ślubne

Trochę bardziej aktywna byłam na Instagramie, więc jeżeli kogoś interesuje pierścionek i opis zaręczyn to odsyłam Was własnie tam. Na blogu natomiast jako, że moje myśli krążą już wokół tematu ślubu i wesela mogą pojawiać się od czasu do czasu artykuły z tym związane. Na pewno podzielę się z Wami moją życzeniolistą kosmetyczną, inspiracjami w dekorowaniu sali i testami kosmetyków kupionych z myślą o tym dniu.

Pierwszym zakupem bez którego nie mogłam się obyć był organizer Panny Młodej. Do załatwienia jest tyle spraw, że nie da się ich wszystkich spamiętać i taki  notes jest bardzo pomocny.

Zazwyczaj takim organizerem jest zwykły zeszyt, ale od kilku lat na rynku jak grzyby po deszczu pojawiają się dedykowane notatniki z informacjami co, gdzie i kiedy należny zrobić. To świetna opcja dla leniwych, bo mamy wszystko podane na tacy. Te, które ja kojarzę to Organizer Ślubny My Mission, Yes I do oraz Niezbędnik Panny Młodej. Ja skusiłam się na ten ostatni, bo miał atrakcyjną cenę (obecnie trwa promocja i wersja z miękką oprawą kosztuje 44,90 PLN) i ciekawy design.



Kolejny zakup to trwałe pomadki w płynie. Nie przepadam za stosowaniem ich na co dzień, ale na większe okazje są wybawieniem. Tutaj z pomocą przyszedł mi Rossmann, gdzie kupiłam dwie pomadki cieszące się opinią super trwałych. Pierwsza to podwójna pomadka z balsamem od L'Oreal Infaillible w kolorze 111 Permanent Blush, a druga to Maybelline Super Stay Matte Ink nr 60 Poet. Postawiłam na dwa zupełnie różne odcienie, bo chciałam przetestować w jakich kolorach mi lepiej. Permanent Blush to typowy chłodny nudziakowy róż wpadający w odcień fioletu ze złotymi drobinkami, które na szczęście nie są widoczne na ustach. Przypomina on kolor 03 z Golden Rose (GR jest bardziej fioletowe) i idealnie zgrywa się z konturówką Lovely nr 1. Z kolei Poet to taka ciepła beżowa brzoskwinia. Obydwie są super trwałe i komfortowe w noszeniu, ale wymagają wypięlęgnowanych ust, bo podkreślają każdą suchą skórkę. Balsam z L'Oreal świetnie nawilża i daje lekki połysk co bardziej mi odpowiada niż typowy mat. Używam go na obydwie pomadki.

Na tę chwilę wygrywa u mnie Poet, bo Permanent Blush jest tak zbliżony kolorem do moich ust, że nie widzę dużej różnicy po jego nałożeniu.

Permanent Blush, Maybelline Superstay Poet


A dla zainteresowanych swatche Maybelline Super Stay Matte Ink (od lewej) Pioneer, Poet oraz Seductress.

20 Pioneer, 60 Poet, 65 Seductress

Maybelline Super Stay Matte INK w odcieniu 60 Poet

Ostatni zakup to BIO Maska-Esenscja ze śluzem ślimaka z Orientany. Miałam już krem z tej serii i był bardzo nawilżający, ale potrafił mnie uczulić kiedy nakładałam go po zastosowaniu kwasów. Ta maska ma zupełnie inną konsystencję. Jest żelowa i nie jestem w stanie zastosować jej solo, bo mam nieprzyjemne uczucie napięcia skóry. Mieszam ją olejkiem z nasion malin i innym serum. Przy takiej kombinacji sprawdza się idealnie.


MASKA-ESENCJA ZE ŚLUZEM ŚLIMAKA

To tyle, jeżeli chodzi o pierwsze "ślubne" zakupy, ale kolejne są już w drodze i na pewno pojawią się na blogu :).

Przepis DIY na puder myjący do twarzy

Przepis DIY na puder myjący do twarzy
Od dawna przymierzałam się do kupienia pudru myjącego. To ciekawy i całkiem innowacyjny produkt, dlatego chciałam wypróbować jak sprawdzi się u mnie. Jednak kiedy poszłam do drogerii i zerknęłam na jego skład, a potem na cenę to trochę się zdziwiłam. Nie było tam nic innowacyjnego i praktycznie wszystkie składniki miałam  już u siebie w domu. Jeżeli, tak jak ja, chcecie trochę zaoszczędzić i niskim kosztem samodzielnie przygotować taki puder zapraszam do czytania dalej.


DIY face washing powder



W sklepach znajdziemy kilka firm produkujących pudry myjące,  zwane też czasami czyszczącymi. Pełnią one tak naprawdę dwie funkcje: oczyszczają naszą skórę z sebum i zanieczyszczeń oraz delikatnie peelingują. 

Stosowanie ich jest bardzo proste, chociaż ja z moją tendencja do chlapania na około potrafię nimi trochę zabrudzić łazienkę. Odrobinę proszku wysypujemy na dłoń lub do miseczki i rozrabiamy z  wodą, tak żeby powstała pasta. Nakładamy ją na twarz i delikatnie masujemy po chwili zmywając. Zazwyczaj stosuję puder pod prysznicem, bo nie muszę się wtedy martwić o wycieranie rozchlapanej glinki z podłogi ;).

Poniżej znajdziecie prosty i całkowicie naturalny przepis na domowy puder do mycia twarzy (kliknij aby powiększyć).




Podany przepis można modyfikować zmieniając zarówno rodzaje glinek i mąk, ich proporcje, jak i dodając inne składniki. 

Oto kilka dodatków, które wzmocnią działanie pudru:

- drobno zmielony cukier - aby uzyskać peeling mechaniczny 
- ususzone płatki róży - trzeba je zmielić np. w moździerzu, dostępne np. tu
- owoce liofilizowane - zastrzyk witamin i minerałów
- puder jedwabny - dodatkowo odżywi skórę, dostępny w Biochemii Urody 

Taką mieszankę możemy też stosować na skórę głowy rozrabiając ją z szamponem.

Dodanie olejków eterycznych nie jest konieczne i należy z nimi uważać, ponieważ mogą zlepiać puder. 

Ważność produktu zależy od tego czy nie dostało się do środka dużo wilgoci, bo wtedy może zacząć rozwijać się pleśń.

Przyznam, że nie stosuję tej pasy na co dzień. Jestem trochę zbyt leniwa, żeby codziennie rozrabiać proszek z wodą, a do tego wolę nie podrażniać  skóry zbyt częstym masażem drobinkami glinki. U mnie lepiej sprawdza się w roli maseczki, po którą sięgam kiedy mam chwilę czasu, bo lubię zostawić pastę na twarzy na kilka minut. Efekty, jak to po glince, są znakomite.

Zachęcam jednak do spróbowania, bo może jesteście mniej leniwi niż ja i  komuś z Was przypadnie do gustu taka metoda oczyszczania.
Copyright © 2016 Ekofilka - naturalnie, że kosmetyki , Blogger