Czy tylko mnie nie kręci promocja w Rossmannie?

Na pewno duża część z Was słyszała, że w najbliższy wtorek 9 października rozpocznie się bardzo popularna promocja w sklepach Rossmann na kosmetyki do makijażu. Jest to akcja cykliczna i już od kilku lat odbywa się dwa razy do roku - raz na przełomie jesieni oraz drugi raz na wiosnę. Zasady są proste - przy zakupie minimum trzech rożnych produktów danego typu naliczany jest rabat w wysokości 55% od ceny początkowej. Cudownie prawda? Niestety niekoniecznie....



Pamiętam pierwszą edycję tej promocji. To był prawdziwy szał. Gigantyczne kolejki, puste szafy i niemal walka o co lepsze produkty.

Od tamtego czasu trochę się jednak zmieniło. Inne drogerie widząc spektakularne wyniki Rossmanna też zaczęły wprowadzać spore okresowe rabaty. Jak grzyby po deszczu urosła masa drogerii internetowych mających nie tylko zniżki, ale w których nawet ceny regularne są dużo niższe od tych w sklepach stacjonarnych.

Tym samym to co kiedyś było znane głównie z amerykańskiego You Tube, czyli kupowanie np. całej gamy odcieni nowej szminki czy posiadanie dwudziestu korektorów, piętnastu podkładów i stu cieni do powiek stało się dostępne i dla nas :). 

Nie zrozumcie mnie źle, cieszę się, że i w Polsce stać nas w końcu na kupno takiej ilości kosmetyków jakiej zapragniemy/potrzebujemy, ale sama po sobie (mimo raczej skromnej kolekcji kosmetyków do makijażu) zaczynam dostrzegać, że ten rozbudzony konsumpcjonizm przybiera niezdrowe formy. Rozumiem też, że są osoby jak makijażystki, które zużywają duże ilości kosmetyków i muszą ciągle testować nowości. 

Ja to wszystko rozumiem, ale czy naprawdę potrzebujemy aż takiej ilości kosmetyków? Czy kiedykolwiek będziemy w stanie zużyć wszystkie cienie, pomadki czy rozświetlacze  jakie posiadamy? Ile z tych kosmetyków przeterminuje się i trafi do kosza?



To wszystko co kupujemy wpływa nie tylko na środowisko (w końcu trzeba to jakoś wyprodukować, zapakować i dostarczyć do sklepów), ale także na nas. W 2017 roku wydano w Polsce 16 miliardów złotych na kosmetyki i do 2021 wartość ta ma wzrosnąć do 20 miliardów (źródło). To są nasze pieniądze, które mogłyby zostać w naszych portfelach.

Jest tyle lepszych sposobów na wydanie pieniędzy niż kupno kolejnej pomadki czy podkładu w niemal identycznym odcieniu - książki, koncerty, kursy językowe, wycieczki czy od czasu do czasu przeznaczenie kilku złotych na cele charytatywne. Nawet odłożenie na lepszy krem czy serum może przynieść nam sporo korzyści urodowych. Jest zatem w czym wybierać:).

Niestety wydaje mi się, że dużą rolę odgrywają tu social media (YT, Instagram, blogi), które zostały wykorzystane przez firmy do wciskania nam kolejnych, często niepotrzebnych produktów. Sami influencerzy, którzy współpracują i reklamują produkty (o ile są w tym  uczciwi) nie robią nic złego. To świetne, że mają szansę przetestować jakiś produkt i jeszcze na tym zarobić, ale mam wrażenie, że takich uczciwych i rzetelnych recenzji jest coraz mniej i ciężko je odnaleźć w morzu nie do końca szczerych, ale opłaconych postów.

Ja w tym roku nie zamierzam skorzystać z promocji w Rossmannie. Nie chcę kupować na siłę produktów, które nie są mi w tej chwili potrzebne tylko dlatego, że są tańsze. Kiedy będę czegoś potrzebować kupię to w "zwykłej" promocji lub przez internet. Nie będę też zachęcać Was do kupna poleconych przeze mnie kosmetyków, bo ten temat był już opisywany milion razy. 

Wszystkim, którzy zamierzają zaszaleć w Rossmannie życzę udanych zakupów, a sobie życzę silnej woli, żeby wytrwać w postanowieniu ;).

Na koniec chcę zaznaczyć, że uwielbiam drogerie Rossmann, bardzo często w nich kupuję i cieszę się, że są tak łatwo dostępne dla każdego. Powyższy wpis nie odnosi się konkretnie do tej czy innej sieci sklepów a jest bardziej refleksją na temat współczesnego konsumpcjonizmu i mechanizmów jakie nim czy raczej nami kierują.
Copyright © 2016 Ekofilka - naturalnie, że kosmetyki , Blogger